Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Powieściowo’ Category

Nie wiem czy to przez to, że naczytałam się niepochlebnych recenzji, czy może dlatego, że po prostu to średnio udana książka, ale – to zdecydowanie nie jest to, co ‚Nie oglądaj się’ tej samej autorki.

Główny bohater, Errki Jorhma, lokalny psychopata. Siejący grozę wśród społeczeństwa. Matkę zabił, księdza zabił, teraz biedną staruszkę. Wariat, morderca, i te sprawy. 😆 Główny podejrzany w bieżącej sprawie prowadzonej przez (oczywiście) Konrada Sejera. Uciekł ze szpitala i tyle go widzieli… 😉

Przez sporą część książki on jest narratorem, wcielamy się w niego, w jego sytuację, sposób myślenia. Działał mi trochę na nerwy. 😛 Karin Fossum znowu wplotła wątki psychologiczne i obyczajowe do tych kryminalnych. Chociaż, powiedziałabym nawet, że jest na odwrót. Sprawę kryminalną oczywiście mamy, morderstwo Halldis oraz napad na bank w mieście. Nie jest to jednak główny problem książki, Fossum więcej czasu poświęca tym innym aspektom. A ja tego nie chcę w kryminale, no. (Na aż taką skalę).

Tym razem to nie była trzymająca do końca w napięciu powieść z Norwegią w tle. Nie był to też gniot, broń boże. Po prostu porównując tę i poprzednią książkę Fossum, zdecydowanie na prowadzenie wysuwa się ‚Nie oglądaj się’. Każdy jednak może napisać przecież coś słabszego, dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak wsiąknąć w kolejny tom przygód Konrada Sejera – ‚Za podszeptem diabła’.

Czytam tę recenzję i wychodzi na to, jakby ‚Kto się boi dzikiej bestii’ było książką nie wartą przeczytania. Wręcz przeciwnie, zachęcam. Tylko proszę się nie zrażać, jeśli to miałoby być Wasze pierwsze spotkanie z Karin Fossum. 😛

– A jak jest u pana w pracy? – zapytała.
– U mnie w pracy? – Zastanowił się przez chwilę. – U mnie w pracy mamy porządek, hierarchię służbową i dużo okropnych ludzi o bardzo silnych charakterach. – Spróbował zmienić nastron rozmowy, który stawał się trochę zbyt wesoły. – Niewiele miejsca na improwizację i fantazję. Praca polega przeważnie na poszukiwaniu drobiazgów, jak włosy, odciski lub krew. Ślady obuwia albo opon samochodowych. Później dołącza do tego psychologia i mimo, że nigdy nie zajmuje wiele miejsca w naszych raportach, jednak jest w nich obecna. Oczywiście to jedyny naprawdę fascynujący element naszej pracy. Gdyby nie on, robiłbym coś innego.

Ocena: 3,5/5

Read Full Post »

Chyba jestem wyjątkiem, ale mnie osobiście Włochy kompletnie nie pociągają i nie kuszą. Nie mam marzeń pod tytułem ‚domek w Toskanii’ albo chociaż ‚wakacje nad włoskim morzem’. Fajnie, że są, niech będą, ale na wakacje to ja bym do Szwecji lub Francji wolała pojechać. 😉

Po ‚Winnicę w Toskanii’ jednak sięgnęłam i był to całkiem udany wybór.

Ferenc Máté, Węgier, pisarz, żeglarz z zamiłowania. Mąż Candance i ojciec Bustera. Marzyciel, który jak sobie coś postanowi, to doprowadzi to do celu. I tak się stało właśnie ze słynną Winnicą w Toskanii.

Panu Máté zachciało się ruiny. Kilkusetletniej ruiny do odremontowania i doprowadzenia do stanu używalności. Z winnicami oczywiście. Nie mógł być to już odnowiony dom lub taki ledwo wybudowany. Nie, to miała być stara i zniszczona ruina. Po wielu poszukiwaniach, przejechaniu Toskanii wzdłuż i wszerz, prawie poddaniu się, Candance, jak zwykle niezawodna, znalazła. Znalazła to, czego Ferenc Máté tak pragnął.

Il Colombaio. Trzynastowieczny klasztor położony w dolinie Montalcion. I 24 hektary doskonałych pól pod winnice. Miłość od pierwszego wejrzenia. 🙂

Autor po kolei zapoznaje nas ze wszystkim, co związane jest z odnawianiem jego wymarzonego domu i powstawaniem wyśnionej winnicy. Czytając, wspólnie z autorem przez wszystko przechodzimy. Każde sukcesy, niepowodzenia odczuwamy razem z Máté. Z jego przyjaciółmi, robotnikami, dziwnymi perypetiami, zdecydowanie nie można się tu nudzić.

Ferenc Máté opowiada z wielką pasją. Widać i czuć, że to jest właśnie to co kocha – rodzina, Il Colombaio, Toskania. Pomimo tych wszystkich niepowodzeń, on się nie zraża i ciągnie dalej budowę domu i przygotowania pod działalność pierwszej własnej winnicy. Co kończy się takimi efektami, o jakich pewnie w ogóle nie śnił. 🙂 Ale na co zasługiwał.

Powieść czyta się jednym tchem, jakby czytana historia była przez kogoś właśnie opowiadana na żywo. Baaaardzo przyjemna lektura. Szczególnie na te śnieżne mroźne dni.

Ocena: 4,5/5

ps. Jeśli ma ktoś ochotę zobaczyć, jak wygląda owa winnica, zapraszam na oficjalną stronę autora: http://www.ferencmate.com/

ps2. Ale do Włoch nadal się nie przekonałam. 😛

Read Full Post »

Mam problem z napisaniem recenzji tej książki. Z jednej strony, wciągająca, przedstawiona historia interesująca, z drugiej jednak strony – kompletnie mnie to wszystko nie poruszyło. I nie wiem, dlaczego ‚Pachnidło’ zrobiło taką furrorę na świecie.

Süskind przedstawia nam ciekawą koncepcję odbioru otaczającego nas świata – poprzez zapachy. Jednocześnie, ukazuje Paryż, miasto, które teraz jest właśnie królestwem zapachów i mody, jako najbardziej śmierdzące miejsce na świecie. I ludzi, jako najbardziej śmierdzące stworzenia na świecie.

Główny bohater, Jan Baptysta Grenouille, jedyny człowiek na ziemii, który nie pachnie, tym samym od początku sprowadzając na siebie kłopoty. Jego matka chciała go zabić, kolejne opiekunki się go pozbywały. Ten jednak, porównując się do kleszcza, który czyha na swe ofiary, kompletnie niczym się nie zrażał. Od początku wiedział, czego chce, musiał tylko, jak ten kleszcz, czekać. I doczekał się.

Zaczął pracę w perfumerii, gdzie poznawał wszystkie tajne techniki i sposoby wytwarzania nowych zapachów. Samo tworzenie zapachów nie robiło na nim wrażenia, przecież sam od dawna robił to samo, ale w swojej głowie. Jednakże, wydobywanie zapachów z kwiatów, roślin zaowocowało złowieszczą myślą, w której trwał, aż do swego upadku.

Chciał pachnieć tak, żeby cały świat padł przed nim na kolana. I wiedział, że da się to zrobić.

Historia psychopaty, jego sposób odbioru świata (i nie chodzi mi tutaj o owe zapachy) i przedstawienie go, kompletnie mnie nie poruszyły. Nie wiem, były trochę naiwne? Biedny morderca, którego nikt nie kocha i wszyscy odrzucają. Porozczulajmy się. :]

Z drugiej strony, jest to naprawdę dobre czytadło, wciągające, z ciekawą fabułą. Nie uważam jednak, żeby była to wielka powieść.

Ocena: 3/5

Read Full Post »

Wyjątkowo polubiłam tego typu literaturę. Czyli autor wybywa ze swego rodzimego kraju i osiada w innym, poznając ludzi, język, kulturę, a wszystko to zapisując i wydając w książkowej formie. Uwielbiam czytać różne spostrzeżenia na temat danego państwa i dziwnych zwyczajów mieszkańców. I to jest powód, dla którego ostatnimi czasy ciągle się w takie lektury zaopatruję. Natrafiając na te lepsze i, niestety, gorsze.

‚Cena wody w Finistere’ zalicza się do tej drugiej kategorii. Nie zauroczyła mnie autorka i jej sposób bycia. A czytanie na co drugiej stronie, jakie to napisanie książki o Finistere jest trudną sztuką, wręcz niemożliwą i wyżej wymieniona pani tego nie potrafi i nie chce nawet, trochę mnie nudziło.

Nie natrafiłam tutaj na to, czego oczekuję od tego typu literatury (a czego, patrz pierwszy akapit ;-)). Za to zostałam zarzucona mnóstwem informacji o kwiatach, krzewach, drzewach. Sadzeniu, przesadzaniu, pielęgnacji, wykopywaniu, przenoszeniu roślin. A nawet przesuwaniu ogromnych kamieni. Zdecydowanie poleciłabym tę książkę jakimś zapalonym ogrodnikom, będzie w sam raz. Ja, niestety, mam z tym mało wspólnego i kompletnie mnie to nie interesuje. A, przyznajmy szczerze, o tym jest 3/4 powieści. Nuda.

Uśmiałam się trochę przy rozdziale dotyczącym językowych pomyłek autorki. 🙂 Bardzo miło się to czytało, a niektóre sytuacje naprawdę powodowały u mnie wybuchy śmiechu. Wielki plus za to.

Podsumowując. Jeśli macie ochotę przeczytać o perypetiach obcokrajowca we Francji, trzymajcie się od tej książki z daleka. Za to jeśli macie ochotę poczytać o domowym ogrodnictwie w tym kraju i poradach dotyczących zakładania własnej dżungli, biegnijcie czym prędzej do księgarni i chwytajcie za ‚Cenę wody w Finistere’.

Na sekretarkę malarza nagrywam:
– Dzień dobry być madame, jestem zapomniana jedna rzecz, kiedy pan te rzeczy proszę. Łóżek noga przechodzona. Ja nie zdążyć ją.

Koniec taśmy, dzwonię jeszcze raz:
– Tak! Ta madame znów. Znów. Ściana ta nowy, niedobrze wiem po francusku dobranoc.

Ocena: 3/5

Read Full Post »

Zaczęłam od ostatniej książki pana Bruczkowskiego, ale nie szkodzi, w każdej prawi o czymś innym (jak sam pisze w posłowiu (którego nikt nie czyta)). Od tej akurat, bo tylko ją miała moja koleżanka, która była skłonna podzielić się nią ze mną (swoją drogą, zapalona japonistka, ucząca się tegoż języka dzielnie, podziwiam).

Książka traktuje o Radiu Yokohama (oh, cóż za zaskoczenie ;)) i wszystkim tym, co się w nim dzieje. O ludziach, którzy się nie słuchają, o duchach, które straszą, o Wiecznie Nieobecnej Szefowej oraz o zbliżającym się końcu świata. I samym miejscu.

Miejscu dziwnym i nietypowym. 4 budynki, połączone w całość. Kiedyś love hotel, teatr, sierociniec, pijalnia sake i mnóstwo innych, równie ciekawych. Aktualnie radio, studia, hotel dla klientów i pracowników, nagrywanie reklam i płyt. Siłownia, kozetka u pana Tabashi, sklepik, który wszystko ma, fryzjer raz na jakiś czas i drzewko bonsai, wiecznie przewracane.

I kilkoro ludzi. Mieszkających w owym miejscu. Nie opuszczających go (chyba, że za próg, na tylną uliczkę, po pizzę z wodorostami i składnikami, o których lepiej nie wiedzieć). Główny bohater, Martin Bos (przez jedno s!). DJ John. Andrew. Pan Ikeda (idol mój ;-)), pan Hayakawa. Amanda oraz zespół Y2K (świata koniec…). I, jakże barwna postać, kot Debiru. (Plus parę innych, mniej interesujących osób.) Wszyscy zaprzyjaźnieni, dobrze czujący się w swoim gronie. I chodzący wspólnie po ścianach Radia.

Bardzo przypadło mi do gustu lekkie pióro autora, a cięty język powodujący powstanie zabawnych sytuacji tylko dodaje powieści smaczku. Świetny pomysł z dwoma narratorami – kobietą i mężczyzną. Miło spojrzeć na coś z dwóch różnych perspektyw. Fabuła interesująca.
Mały minus, szczegół taki – zakończenie. Wolę jasne i klarowne. 😉

Cudna książka, wciągająca bardzo i rozśmieszają mocno. Pochłonięta w kilka wieczorów. BARDZO polecam! 🙂

Ocena: 5/5

Read Full Post »

W czwartek, po około dwóch latach nieobecności, skorzystałam znowu z usług biblioteki. 😀 I to tylko dlatego, że miałam w planach bezczynne siedzenie dwie godziny, a ona akurat była w pobliżu. 😉

Wyboru za dużego nie było (jeden z powodów, dla którego zrezygnowałam z uczęszczania do tej instytucji), więc chwyciłam za ‚Aleję samobójców’, na którą w sumie czaiłam się od daaawna, ale jakoś nigdy nie było okazji… Dobry wybór.

To był ciekawy powrót do polskich kryminałów, kryminałów jakże odmiennych od tych szwedzkich, islandzkich i innych. 😉 Sympatycznego inspektora w średnim wieku nie było, był za to nadinspektor Pater, hazardzista po rozwodzie, sprawiający nieciekawe wrażenie, miłością do niego nie zapałałam. A szkoda, bo lubię mieć w książkach ulubionych głównych bohaterów.

Sprawa od początku wydaje się dziwna. W Domu Starców ‚Eden’ (co za nazwa…) ginie jeden z klientów. Zostaje oskalpowany, jego palce są sklejone Super Glue i tworzą romb. Inny rezydent znika. Czy to się łączy? Poniekąd.
Jednakże, najdziwniejszy jest fakt, że prawie od razu do akcji wkracza ABW i przejmuje sprawę. Próbując ją ‚zmieść pod dywan’. Pater ma zakaz zbliżania się do Edenu, jego udział w tym wszystkim ma być zakończony. Szybko.
Ten jednak się nie poddaje, bierze urlop i prowadzi śledztwo na własną rękę. Do prawdy oczywiście dochodzi, jednak kończy się to dla niego mało przyjemnie.

Nie było żadnych przestojów, cały czas coś się działo. Ciekawe zwroty akcji, interesujący ludzie i sytuacje. I piłka nożna w tle. 😀

Z przykrością jednak stwierdzam, że polski policjant mnie do siebie nie przekonuje. Agresja, nieciekawa atmosfera, korupcja. ‚Krety’. To nie dla mnie. Wolę jednak czytać o tych przyjemniejszych przedstawicielach władzy, Mankella nic nie przebije.

Tak czy siak, książkę polecam.

Jelitkowo 0730

Ocena: 4,5/5

Read Full Post »

kroeaaJeśli wszyscy koreańscy pisarze tak piszą, to nie ma na co czekać, zabieram się za poznawanie ich dzieł bliżej. 8)

Drugą moją peryferyjną lekturą była książką ‚Mogę odejść, gdy zechcę’ autorstwa Young-ha Kim’a.

Cudowna i głęboko poruszająca lektura. Cudowna, pomimo, że dotyczy czegoś tak nieprzyjemnego, jak śmierć.

Książka jest króciutka, niewiele ponad sto stron. Ale za to jakich stron.
Głównym bohaterem jest osoba, która zajmuje się organizowaniem śmierci innym. Po prostu, pomaga im popełnić samobójstwo. Do każdego podchodzi indywidualnie, nie każdemu składa takie propozycje. Jak sam mówi ‚nie chce mieć wielu klientów’. Ma opracowane różne sposoby zakończenia danego żywotu – powieszenie, podcięcie żył, czy też zatrucie gazem.
Oprócz owego głównego bohatera, poznajemy historię paru innych osób. Osób, których łączy jedno – samotność i cierpienie. Cierpienie, które doprowadza do tego, że w głębi duszy pragną skończyć ze swoim życiem. Zostajemy krótko zapoznani z ich losem, ich rozterkami i problemami. Nie wszyscy zginą, niektórzy będą się zastanawiali, niektórzy podejmą decyzję i bez pomocy naszego głównego bohatera.
Lecz wszyscy oni, sami zadecydowali o tym, jak i kiedy odejść z tego świata. To była ich własna decyzja, dotycząca ich własnego życia. I chyba ta najważniejsza…

Spotkamy się w Maronnier Park albo natkniemy się na siebie na rogu ulicy. Podejdę do ciebie bez uprzedzenia i spytam znienacka:
– Zaszedłeś już tak daleko, ale nic się nie zmieniło, prawda?
I dodam:
– A nie chciałbyś odpocząć?
I wtedy weźmiesz mnie za rękę i pójdziesz za mną.

Ocena: 5/5

ps. A teraz lecę poprzeglądać książkowe blogi, bo jestem ciekawe, jak ocenili tę książkę inni. 🙂

Read Full Post »

Older Posts »