Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Wakacyjno-poznawcze’ Category

Chyba jestem wyjątkiem, ale mnie osobiście Włochy kompletnie nie pociągają i nie kuszą. Nie mam marzeń pod tytułem ‚domek w Toskanii’ albo chociaż ‚wakacje nad włoskim morzem’. Fajnie, że są, niech będą, ale na wakacje to ja bym do Szwecji lub Francji wolała pojechać. 😉

Po ‚Winnicę w Toskanii’ jednak sięgnęłam i był to całkiem udany wybór.

Ferenc Máté, Węgier, pisarz, żeglarz z zamiłowania. Mąż Candance i ojciec Bustera. Marzyciel, który jak sobie coś postanowi, to doprowadzi to do celu. I tak się stało właśnie ze słynną Winnicą w Toskanii.

Panu Máté zachciało się ruiny. Kilkusetletniej ruiny do odremontowania i doprowadzenia do stanu używalności. Z winnicami oczywiście. Nie mógł być to już odnowiony dom lub taki ledwo wybudowany. Nie, to miała być stara i zniszczona ruina. Po wielu poszukiwaniach, przejechaniu Toskanii wzdłuż i wszerz, prawie poddaniu się, Candance, jak zwykle niezawodna, znalazła. Znalazła to, czego Ferenc Máté tak pragnął.

Il Colombaio. Trzynastowieczny klasztor położony w dolinie Montalcion. I 24 hektary doskonałych pól pod winnice. Miłość od pierwszego wejrzenia. 🙂

Autor po kolei zapoznaje nas ze wszystkim, co związane jest z odnawianiem jego wymarzonego domu i powstawaniem wyśnionej winnicy. Czytając, wspólnie z autorem przez wszystko przechodzimy. Każde sukcesy, niepowodzenia odczuwamy razem z Máté. Z jego przyjaciółmi, robotnikami, dziwnymi perypetiami, zdecydowanie nie można się tu nudzić.

Ferenc Máté opowiada z wielką pasją. Widać i czuć, że to jest właśnie to co kocha – rodzina, Il Colombaio, Toskania. Pomimo tych wszystkich niepowodzeń, on się nie zraża i ciągnie dalej budowę domu i przygotowania pod działalność pierwszej własnej winnicy. Co kończy się takimi efektami, o jakich pewnie w ogóle nie śnił. 🙂 Ale na co zasługiwał.

Powieść czyta się jednym tchem, jakby czytana historia była przez kogoś właśnie opowiadana na żywo. Baaaardzo przyjemna lektura. Szczególnie na te śnieżne mroźne dni.

Ocena: 4,5/5

ps. Jeśli ma ktoś ochotę zobaczyć, jak wygląda owa winnica, zapraszam na oficjalną stronę autora: http://www.ferencmate.com/

ps2. Ale do Włoch nadal się nie przekonałam. 😛

Read Full Post »

Wyjątkowo polubiłam tego typu literaturę. Czyli autor wybywa ze swego rodzimego kraju i osiada w innym, poznając ludzi, język, kulturę, a wszystko to zapisując i wydając w książkowej formie. Uwielbiam czytać różne spostrzeżenia na temat danego państwa i dziwnych zwyczajów mieszkańców. I to jest powód, dla którego ostatnimi czasy ciągle się w takie lektury zaopatruję. Natrafiając na te lepsze i, niestety, gorsze.

‚Cena wody w Finistere’ zalicza się do tej drugiej kategorii. Nie zauroczyła mnie autorka i jej sposób bycia. A czytanie na co drugiej stronie, jakie to napisanie książki o Finistere jest trudną sztuką, wręcz niemożliwą i wyżej wymieniona pani tego nie potrafi i nie chce nawet, trochę mnie nudziło.

Nie natrafiłam tutaj na to, czego oczekuję od tego typu literatury (a czego, patrz pierwszy akapit ;-)). Za to zostałam zarzucona mnóstwem informacji o kwiatach, krzewach, drzewach. Sadzeniu, przesadzaniu, pielęgnacji, wykopywaniu, przenoszeniu roślin. A nawet przesuwaniu ogromnych kamieni. Zdecydowanie poleciłabym tę książkę jakimś zapalonym ogrodnikom, będzie w sam raz. Ja, niestety, mam z tym mało wspólnego i kompletnie mnie to nie interesuje. A, przyznajmy szczerze, o tym jest 3/4 powieści. Nuda.

Uśmiałam się trochę przy rozdziale dotyczącym językowych pomyłek autorki. 🙂 Bardzo miło się to czytało, a niektóre sytuacje naprawdę powodowały u mnie wybuchy śmiechu. Wielki plus za to.

Podsumowując. Jeśli macie ochotę przeczytać o perypetiach obcokrajowca we Francji, trzymajcie się od tej książki z daleka. Za to jeśli macie ochotę poczytać o domowym ogrodnictwie w tym kraju i poradach dotyczących zakładania własnej dżungli, biegnijcie czym prędzej do księgarni i chwytajcie za ‚Cenę wody w Finistere’.

Na sekretarkę malarza nagrywam:
– Dzień dobry być madame, jestem zapomniana jedna rzecz, kiedy pan te rzeczy proszę. Łóżek noga przechodzona. Ja nie zdążyć ją.

Koniec taśmy, dzwonię jeszcze raz:
– Tak! Ta madame znów. Znów. Ściana ta nowy, niedobrze wiem po francusku dobranoc.

Ocena: 3/5

Read Full Post »

Jezdzac-po-cytrynach-Optymista-w-Andaluzji_Chris-Stewart,images_product,7,978-83-89368-94-2Znowu zawitałam do Hiszpanii, tym razem w książkowym wydaniu.

Autor opisuje swoje życie w Andaluzji. Mieszkańców, krajobrazy, zwyczaje, tradycję i kulturę związaną z tym zakątkiem kraju. Cudownie było znowu tam zawitać, pomimo, że nie osobiście. 😉 Hiszpania to naprawdę wspaniały kraj, chociaż mieszkać tam bym nie mogła.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie, świetna lektura pociągowa. 😉 Widać, że Chris Stewart uwielbia swoją małą farmę i czuje się świetnie wśród hiszpańskich (i nie tylko) przyjaciół. Pomimo wielu nieporozumień i mnóstwa problemów, razem z żoną odnalezli się w tej społeczności i żyją, i cieszą się życiem. 🙂

Jeśli ktoś jeszcze nie zawitał w Hiszpanii, serdecznie polecam tę lekturę – tutaj jest ukazany przede wszystkim jej obraz, to ona jest głównym tematem książki, a reszta, można powiedzieć, jest mniej ważna. 😉

Wiem, że wszystkie tego typu książki napisane są na jedno kopyto. Serio. Ale i tak w każdą z nich cudownie jest się zagłębić, przeżywać wszystkie przygody i poznawać bliżej kraj razem z danym autorem.

Wielki minus za wydanie. Gdzie byli korektorzy, redaktorzy i kto tam jeszcze przy tym pracuje, kiedy książkę przygotowywano do druku!? Pełno literówek, błędów, mnie takie rzeczy zniechęcają do czytania i gdyby nie świetna treść, pewnie bym w końcu lekturę porzuciła.

Ocena: 4,5/5

ps. Uwielbiam wakację. Wróciłam znad morza, a na weekend wybywam znowu za miasto, chociaż tam będę się spełniać w roli tłumacza przede wszystkim. 😛 Kolejna recenzja po powrocie zapewne.

morze

szaleństwo Bluesa nad morzem 😉

Read Full Post »

768346Książka kupiona pod wpływem chwili kilka godzin przed wyjazdem. 😀 Pojechałam do Świata Książki skorzystać z Letniej Wyprzedaży, a wyszłam z ‚Nie będę Francuzem’. To był zdecydowany strzał w dziesiątkę.

Autor opowiada o swojej podróży do Francji, ‚na koniec świata’, do Plobien. Podróży, która zaczyna się zdecydowanie nie tak, jak powinna, za to kończy kupnem domu (pomimo wielu trudności) i mnóstwem świetnych wspomnień. 😉 Owy Amerykanin nie mówi po francusku, zna kilka tylko słów, więc początkowo wszystko opiera się na jego dziewczynie – to ona kupuje bilety, wynajmuje dom, porozumiewa się na dworcach. Jednak z czasem bariera językowa powoli zanika, za to zaczynają się kłopoty z Kathryn, Mark nabiera pewności siebie i zaczyna sam dogadywać z mieszkańcami miasteczka. Oczywiście wynika przy tym mnóstwo śmiesznych sytuacji, jak chociażby z kupowaniem listków laurowych. 😉

Cała książka napisana jest lekko i przyjemnie, pochłania się ją bardzo szybko i wbrew pozorom trudno się jest od niej oderwać. A dodatkowo mamy możliwość, wraz z autorem, zagłębiać się w tamte rejony Francji, poznawać kulturę i obyczaje, niekiedy bardzo różne od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. A wszystko okraszone pewną dawką zdjęć z opisywanych miejsc. 🙂

‚Nie będę Francuzem’ serdecznie polecam, szczególnie fanom tego typu literatury. 🙂

W piątek przed weekendem, w który ma się odbyć owo fete, jadę do Loscoat i widzę wielbłąda przywiązanego do ogrodzenia przy nadbrzeżu. Chyba tylko ja uznaję, że to interesujące i dziwne, co już samo w sobie jest interesujące, bo moje krótkotrwałe nauczyło mnie, że tutaj ludzie ciekawi są wszytskiego. Wszystkiego, z wyjątkiem tego wielbłąda, co pewnie oznacza, że to nic nowego, niespodziewanego czy zaskakującego, chociaż ja po raz pierwszy widzę w mieście wielbłąda.

Ocena: 5/5

Read Full Post »